Kiedy Timothy Geithner podkreślał w trakcie spotkania G7 w Waszyngtonie, że nie można przerywać działań antykryzysowych, Barack Obama ogłosił nowy plan oszczędności w budżecie federalnym. Mniej więcej w tym samym czasie Pentagon przeprowadzał ćwiczenia na wypadek upadku dolara wywołanego przez Chińczyków masowo pozbywających się amerykańskich papierów dłużnych. Wszystkie te działania nie były przypadkiem skoordynowane. Amerykanie są świadomi ogromnego zagrożenia, które wisi nad ich walutą i rozpoczęli energiczne działania w jej obronie.
Kilka miesięcy temu pojawiły się pierwsze, nieśmiałe wypowiedzi o możliwym krachu na amerykańskim dolarze. Nikt nie potraktował ich poważnie. Choćby tylko dlatego, że ziszczenie się tego scenariusza oznaczałoby niewyobrażalne konsekwencje. Dolar jest najważniejszą walutą rozliczeniową i w wypadku gwałtownego spadku jego wartości światowy system wymiany handlowej zostanie sparaliżowany. W dolarach tworzone są rezerwy państw i banków centralnych, w dolarach rozliczany jest handel najważniejszymi surowcami, w tym ropą naftową. No i największymi inwestorami na giełdach świata są Amerykanie. Co się stanie, jeżeli nagle ich aktywa w znacznym stopniu wyparują? Krach na dolarze wydaje się więc apokaliptyczną wizją, przy której dotychczasowy kryzys to bułka z masłem.
Niemniej od pewnego czasu najbardziej czarny scenariusz jest już uwzględniany w poważnych analizach, co widać choćby w coraz bardziej spójnych obronnych działaniach rządu amerykańskiego.
W swoją pierwszą podróż zagraniczną w roli sekretarza stanu Hilary Clinton pojechała do Azji, w tym do Chin. Rozmawiała z chińskimi przywódcami nie o Tybecie, ale o dolarze. Próbowała uspokoić Chińczyków, zniechęcić ich do sprzedaży amerykańskich papierów dłużnych i zachęcić do kupowania kolejnych.
Geithner, przekonując Europejczyków i resztę świata do wdrażania jak największych planów stymulacyjnych, myśli nie tylko o pobudzeniu globalnego popytu, ale również o zwiększeniu ryzyka inflacyjnego w odniesieniu do innych walut niż dolar – przede wszystkim euro. Myśli, nie bez pewnej logiki, że jak już dolar ma się osłabić, to niech w tym trendzie nie będzie osamotniony. Jak na razie sugestiom Amerykanów poddali się Brytyjczycy i ostatnio Japończycy, reszta Europy jest bardziej wstrzemięźliwa.
W wypowiedziach Obamy coraz wyraźniej pojawiają się wątki dotyczące ograniczania wydatków budżetowych. Brzmią co prawda nieco fałszywie, bo w jeden dzień prezydent USA mówi o miliardach pomocy dla MFW, albo dla koncernu GM, a w drugi chwali się, że znalazł 100 mln oszczędności w budżecie federalnym, ale jednak wysyłany sygnał jest czytelny. Prowadzimy rozsądną politykę budżetową, nie wydajemy pieniędzy tam, gdzie to nie jest bezwzględnie konieczne, świadomi jesteśmy ryzyka inflacji – zdaje się mówić amerykański prezydent.
No i dodatkowo Pentagon podaje informację o tym, że przeprowadza ćwiczenia związane ze scenariuszem chińskiego ataku spekulacyjnego na dolara.
Z jednej strony wiemy więc, że apokaliptyczny scenariusz przestał być już wyłącznie fantasmagorią nawiedzonych ekonomistów, z drugiej świat dostaje informację, że Amerykanie podjęli działania mające zmniejszyć presję na ich walutę. Widzą zagrożenie i działają.
A czy im się uda? Oby. Inaczej grozi nam przejście na inną międzynarodową walutę rozliczeniową, a proces ten nie będzie ani łatwy, ani przyjemny. Tym bardziej, że naszego złotego może zabić nawet stosunkowo niewielki odłamek z wybuchającej finansowej supernowy.
[MK]