pixelg
Obligacje skarbowe - GPW Catalyst - Forum StockWatch.pl
AD.bx ad0a2
AD.bx ad0b
Witamy Gościa Szukaj | Popularne Wątki | Użytkownicy | Zaloguj | Zarejestruj

Obligacje skarbowe

martinezo
0
Dołączył: 2008-11-23
Wpisów: 498
Wysłane: 6 lutego 2009 07:39:32
Na stronie Parkiet.com ciekawie napisali:

www.parkiet.com/artykul/7,7789...

Obligacje państw Europy Środkowo-Wschodniej ponownie znalazły się w niełasce. Rządy głowią się, jak uplasować emisje.

"Od mniej więcej trzech tygodni obserwujemy kolejną falę odpływu zachodniego kapitału z naszej części Europy. Ceny obligacji emitowanych przez tutejsze rządy bardzo mocno spadają i w niektórych wypadkach są najniższe od listopada. To oznacza kłopoty państw z finansowaniem rosnących deficytów budżetowych.

Rentowność długoterminowych obligacji rumuńskich denominowanych w lejach przekroczyła 12,6 proc. i jest najwyższa w UE (wyłączając najmniejsze państwa, których rynki nie są monitorowane przez serwisy). W przypadku papierów ukraińskich znacznie przekracza 20 proc., co stanowi jeden z najgorszych wyników na świecie. Tradycyjnie już na pogorszenie się światowych nastrojów spadkiem zareagowały ceny obligacji węgierskich. Rentowność dziesięciolatek wzrosła w ciągu miesiąca z 7,5 proc. do 9,6 proc.

Duzi zagraniczni gracze wciąż mają tendencję do traktowania naszego regionu jako całości, w czym umacniają ich nieustannie pogarszające się prognozy także dla bardziej stabilnych gospodarek. Świadczy o tym choćby przykład Czech, gdzie o możliwości nadejścia recesji wprost mówi rząd. Tam rentowność 10-letnich papierów podskoczyła do 4,54 proc., z 3,94 proc. w połowie stycznia. Podobna tendencja pojawiła się w Polsce (wzrost do 5,74 proc. z 5,13 proc.), choć w ostatnich dniach doszło do stabilizacji.

Rośnie premia za ryzyko


Charakterystyczny dla europejskiego rynku papierów dłużnych był w styczniu niespotykany wzrost spreadów. O ile w końcu grudnia różnica w rentowności obligacji Niemiec i Grecji wynosiła 2,25 pkt proc., to 23 stycznia sięgnęła 3,18 pkt proc. Podobna prawidłowość dotyczyła papierów wyemitowanych przez państwa regionu.

Np. w przypadku Węgier spread wzrósł z 4,59 do 5,58 pkt proc. Jednak w ciągu ostatnich dwóch tygodni tendencja ta nie ma już charakteru ogólnoeuropejskiego. Obligacje greckie są już tylko o 2,13 pkt proc. bardziej rentowne niż niemieckie, podczas gdy węgierskie – aż o 6,4 pkt. Podobny poziom notowano w październiku i listopadzie – podczas najmocniejszej fali nieufności do rynków wschodzących.

Odpływ kapitału na pewno łączyć można z obniżkami stóp procentowych. Powrót obaw wynika też z obniżek ratingów dla krajów, takich jak Rosja czy Rumunia. Czy jednak zachodni inwestorzy rzeczywiście obawiają się bankructwa państw regionu? – Ryzyko niewypłacalności istnieje na Ukrainie, ale wątpię, by było realne w jakimś innym kraju. Tym, co naprawdę wzmaga presję na ten rynek, jest niepewność dotycząca dalszej deprecjacji walut – uważa Barbara Nestor, zajmująca się rynkami wschodzącymi w Commerzbanku w Londynie.

Komu uda się emisja?

Niezależnie od przyczyn takiego stanu rzeczy, już nie tylko rząd węgierski ma problemy z uplasowaniem papierów dłużnych. Budapeszt zapowiedział, że regularne emisje wznowi dopiero w II kwartale. Polskie Ministerstwo Finansów sprzedało na ostatniej aukcji mniej niż 2/3 przewidzianej puli. Wiceminister finansów Katarzyna Zajdel-Kurowska receptę na mały popyt widzi w emisji obligacji denominowanych we frankach szwajcarskich i jenach. Probierzem rynku będzie aukcja przygotowywana przez rząd grecki, który w styczniu także miał kłopoty ze sprzedażą długu. Teraz chce pozyskać 3–5 mld euro.

Na Zachodzie papiery też tanieją


Na zachodnich rynkach obligacji w styczniu nastąpiło załamanie hossy. Kolejne proinflacyjne działania Fedu i rządu USA skłoniły inwestorów do zrewidowania swego przekonania o trwałości presji deflacyjnych. Jednocześnie wielu z nich uznało, że czas zrealizować zyski, nim „bańka” pęknie. Do tego doszedł wzrost kosztów zabezpieczenia przed bankructwem emitenta. Analitycy nie są jednak jednomyślni. Część przekonuje, że bardzo luźna polityka monetarna jeszcze zwiększy atrakcyjność obligacji. "

PARKIET


Najbardziej rzuca się w oczy rentowność: Rumunia 12,6%, Węgry 9,6% i Ukraina 20%!.
W dodatku na ukrainie nie za bardzo mają ochotę coś z tym zrobić. Długi rosną a Tymoszenko raczej cieńć w budżecie nie zrobi, bo to by wiązało się między innymi z cięciami wydatków socjalnych. A Tymoszenko myśli o przyszłorocznych wyborach prezydenckich, więc przydałoby się trochę kapuchy rzucić. Poza tym dla nich chyba ważniejsza jest walka między sobą niż robienie coś z krajem. Bankructwo idzie czy co?:dontknow:
W polsce sprzedaż obligacji też nie za bardzo im idzie. Więc może jednak cięcia w budżecie mają jakiś sens: lepiej teraz mniej pożyczyć kosztem niższego rozwoju(?), niż w przyszłości oddawać więcej?d'oh!

Powoli do celu

martinezo
0
Dołączył: 2008-11-23
Wpisów: 498
Wysłane: 9 lutego 2009 23:30:40
Po tym artykule pomyślałem sobie, że jednak za niedługo ten trend z obligacjami może się odwrócić. I chyba jednak nasz rząd dobrze robi pożyczając mniej, bo za niedługo, tak jak teraz wszyscy pakują kasę w USA, to po pęknięciu tego bąbla wszyscy z tamtąd będą uciekać. Więc za niedługo rząd będzie miał dostęp do tańszej kasy niż teraz...?d'oh! . Jeśli to się sprawdzi to Tusk sobie niezłych ludzi dobrał.
Wklejam do poczytania:

www.bankier.pl/wiadomosc/Finan...


Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że na rynku amerykańskich obligacji skarbowych powstała klasyczna bańka spekulacyjna. Bańka, która ku zdumieniu wielu inwestorów i analityków już w najbliższych miesiącach może pęknąć z wielkim hukiem. Wówczas nie pomogą już żadne rządowe plany ratunkowe.

W ostatnich tygodniach niektórzy analitycy nieśmiało zaczynają pisać o powstaniu bańki spekulacyjnej na rynku obligacji rządu Stanów Zjednoczonych. Komentarze te wywołała sytuacja z 9. grudnia, gdy na przetargu sprzedano 3-miesięczne bony skarbowe po ujemnej stopie procentowe. Rząd USA znalazł chętnych na odpłatne przechowanie pieniędzy! Chodziło o „skromną” kwotę 27 mld dolarów. Emisję 4-tygodniowych bonów za 30 mld $ uplasowano przy zerowej stopie procentowej. Tak wyśrubowane ceny obligacji świadczyły o anormalnej sytuacji na rynku finansowym.

Bańka spekulacyjna to tymczasowy stan rynku, podczas którego ceny niektórych aktywów finansowych znacząco przekraczają ich wartość. Powstanie bańki będącej efektem spekulacji i błędnej oceny rzeczywistości przez uczestników rynku zawsze prowadzi do krachu – czyli gwałtownego i głębokiego spadku cen danej klasy aktywów. W ostatniej dekadzie bąble spekulacyjne przytrafiają się coraz częściej: po tzw. bańce internetowej przełomu wieków nadeszła bańka na amerykańskim rynku nieruchomości (skutki jej pęknięcia wciąż odczuwamy) oraz spekulacyjna zwyżka cen ropy naftowej z lat 2007-08. Jest bardzo prawdopodobne, że jeszcze w roku 2008 bąbel spekulacji powstał na rynku „najbezpieczniejszych na Ziemi” papierów wartościowych.

Wykres: Rentowność 2-letnich obligacji skarbowych USA na przestrzeni ostatnich 5 lat.

Źródło: Marketwatch.com.

Sytuacja z 9. grudnia stanowiła apogeum szalonego zachowania najważniejszej części rynku finansowego. Rentowność amerykańskich dwuletnich obligacji skarbowych odnotowała historyczne minimum na poziomie 0,68%. Obligacje 10-letnie przynosiły stopę zwrotu ledwie 2,07%. Tak niska dochodowość papierów amerykańskiego rządu była w znacznej mierze skutkiem skrajnej awersji do ryzyka. Inwestorzy byli pod wrażeniem październikowo-listopadowego krachu na giełdach i panicznie bali się dalszych strat, więc uciekali z rynków akcji. Wyprzedawano też surowce i obligacje państw zaliczanych do kategorii rynków wschodzących (w tym Polski). Poza tym bankructwo Lehman Brothers uświadomiło zarządzającym funduszami, że ich gotówka nie jest bezpieczna nawet w najbardziej renomowanym banku. Taki fundusz w przeciwieństwie do inwestora indywidualnego nie może po prostu wypłacić gotówki (kto upilnowałby sterty kilku miliardów dolarów w postaci banknotów), więc pieniądze wycofywano z bankowych rachunków i kupowano obligacje. Zarządzający funduszami potrzebowali też płynnych aktywów na zaspokojenie roszczeń klientów, którzy masowo zaczęli umarzać jednostki uczestnictwa. Również same banki nie ufały innym bankom i zamiast lokować nadwyżki na rynku międzybankowym preferowały obligacje skarbowe. W takim otoczeniu cena nie grała roli. Wzrosty cen obligacji (a więc spadek rentowności) napędzała też polityka Rezerwy Federalnej, która ścięła stopę funduszy federalnych praktycznie do zera i zasilała rynek finansowy setkami miliardów dolarów świeżej gotówki. Sytuacja spełniła wszystkie kryteria bańki: uczestnicy rynku działali w panice, ruch cen odbywał się praktycznie tylko w jedną stronę, a rentowności wyznaczyły historyczne rekordy. „Fundamentów” do tego rajdu dodawały obawy przed deflacją, będącą jakoby efektem implozji rynków kredytowych oraz recesji. W warunkach giełdowej paniki oraz rosnącej wartości pieniądza nawet stopa zwrotu poniżej jednego procenta wydawała się niezmiernie atrakcyjna. Bańkę pomagała pompować sama Rezerwa Federalna – Ben Bernanke nie wykluczył bowiem przeprowadzenia skupu długoterminowych obligacji rządu USA.

Jednakże każda bańka kiedyś pęka i wówczas uczestnicy gry nie mogą uwierzyć, jak mogli podejmować aż tak nierozsądne decyzje. Już dziś można powiedzieć, że czynniki skłaniające do zakupu amerykańskich obligacji skarbowych po ich obecnych cenach nie wyglądają zbyt wiarygodnie. Wobec skali ekspansji monetarnej Fed-u (sam wzrost bilansu Rezerwy Federalnej daje ponad bilion dolarów) oraz rekapitalizacji przez rząd sektora finansowego (700 mld $ z TARP – tzw. „Plan Paulsona”) scenariusz deflacji wydaje się mało prawdopodobny. Analitycy zaczynają wręcz mówić o reflacji, czyli wzroście skali inflacji mającej miejsce po okresie dezinflacji (czyli malejącego wskaźnika CPI). Drugą kwestię stanowią działania administracji Baracka Obamy. Nowy prezydent USA chce pobudzić gospodarkę kwotą 819 mld dolarów. Do tego nowa administracja najprawdopodobniej zdecyduje się uruchomić drugą transzę programu TARP – to kolejne 350 mld $. Mówi się też o utworzeniu tzw. „złego banku”, który miałby przejąć toksyczne aktywa amerykańskich banków – tu koszty szacuje się na jeden do dwóch bilionów USD (1.000-2.000 mld $). W sumie daje to kwotę przynajmniej 2,17 bln dolarów – tyle rząd Stanów Zjednoczonych będzie musiał pożyczyć na rynkach finansowych.

Zgodnie z podstawowym prawem ekonomii wzrost ceny danego dobra prowadzi do spadku ilości nabywanej tego dobra, ceteris paribus. W związku z tym gwałtowny wzrost cen amerykańskich obligacji zmniejszył ich atrakcyjność. I równocześnie ogromna podaż amerykańskich obligacji skarbowych doprowadzi do spadku ich cen, co oznacza wzrost rentowności. W praktyce taką ilością gotówki, jakiej potrzebuje amerykański rząd, dysponują tylko trzy podmioty: Chiny, Japonia oraz Saudyjczycy. Pytanie brzmi: czy władze tych państw pożyczą rządowi Baracka Obamy pieniądze, zadowalając się odsetkami rzędu 1%? Czy obywatele tych krajów nie chcieliby, aby ich rządy wydały pieniądze na pobudzanie własnych gospodarek? Poza tym pomysły podobne do amerykańskich mają też rządzący w Europie: w tym roku rządy Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji czy Hiszpanii będą potrzebowały setek miliardów euro na sfinansowanie rozdętych deficytów budżetowych. Konkurencja o kapitał będzie mordercza i wymusi wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Sytuacja ta z pewnością nie ominie USA, które jednak są w uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ dolar wciąż jest główną walutą rezerwową świata. Tyle tylko, że każdy towar ma swoje substytuty. Chińczycy już od roku nieśmiało przebąkują o potrzebie dywersyfikacji swoich ogromnych (1,5 bln $) rezerw walutowych – nieoficjalnie mówi się o zakupie złota, obligacji państw strefy euro czy nawet akcji giełdowych spółek. Cierpliwość do Amerykanów mogą stracić nawet Saudyjczycy, którzy dotąd bez mrugnięcia okiem finansowali amerykański dług publiczny. Zresztą przy relatywnie niskich cenach ropy naftowej kraje arabskie mają własne kłopoty. Podobnie jak Japonia, której PKB w tym roku może spaść o 2,6% (szacunki MFW).

Czynnikiem działającym na niekorzyść rządu USA będzie też paradoksalnie pożądana poprawa koniunktury w gospodarce. Wówczas kapitał zacząłby wracać na rynki akcji, podwyższając rentowność obligacji, co zresztą już zaczęło być zauważalne. Wszystkie wymienione powyżej czynniki jednoznacznie przemawiają za spadkiem cen amerykańskich papierów dłużnych. Proces ten może przebiegać dość gwałtownie, ponieważ do gry włączy się agresywny kapitał spekulacyjny – tym razem na rynku zapanuje moda na sprzedawanie amerykańskich obligacji.

Skutki pęknięcia bańki na rynku amerykańskich obligacji skarbowych będą szalenie niebezpieczne, a działania raz uaktywnionych sił rynkowych tym razem nie zatrzymają żadne decyzje administracyjne. Rząd USA będzie musiał zapłacić dużo wyższe odsetki od swojego monstrualnego długu publicznego (10,7 bln $), co tylko zwiększy potrzeby pożyczkowe USA. Kapitał zacznie odpływać z Ameryki, co będzie oznaczało deprecjację dolara. Spadek wartości amerykańskiej waluty będzie skutkował ponownym wzrostem cen surowców i rosnącą inflacją w USA. Być może Rezerwa Federalna będzie zmuszona do podwyżki stóp procentowych dużo wcześniej niżby tego chciała. Droższy pieniądz zdławi poprawiającą się koniunkturę gospodarczą i przekreśli skuteczność rządowych „pakietów stymulacyjnych”. Stany Zjednoczone podobnie jak w latach 70-tych XX wieku pogrążą się w stagflacji. Jeszcze poważniejsze mogą się okazać długofalowe skutki utraty zaufania do papierów dłużnych emitowanych przez rząd federalny.

I to właśnie kwestia zaufania będzie w najbliższych miesiącach kluczowa. Jeśli inwestorzy uwierzą, że warto kupować papiery przynoszące 1% odsetek, to karkołomny „manewr gospodarczy” ekipy Baracka Obamy ma szanse powodzenia. Jeśli jednak bańka pęknie z hukiem, to równocześnie padnie mit o „bezpiecznej przystani”, jak na Wall Street nazywa się rynek obligacji skarbowych. Dla wielu uczestników rynku będzie to szok silniejszy od tego, jaki przeżyli po upadku banku inwestycyjnego Lehman Brothers.

Krzysztof Kolany
Bankier.pl

Powoli do celu

martinezo
0
Dołączył: 2008-11-23
Wpisów: 498
Wysłane: 14 lutego 2009 07:21:52
Jeszcze jeden tekst, który dał mi dużo do myśleniaThink . I ten wykres.... Ale sami zobaczcie i oceńcie. Tekst trochę długi, ale warto poświęcić mu chwilęstudy

blogfrog.pl/index.php/go/OTk5N...


Bańka na amerykańskich obligacjach?

Od kilku miesięcy w zagranicznych portalach przebijają się ostrzeżenia przed wielką bańką spekulacyjną na rynku, który wydawać by się mógł oazą spokoju wolną od takich zjawisk. Mowa o amerykańskich obligacjach skarbowych. Rentowność tamtejszego długu jest najniższa od dekad, a szans zarobku z kupna tych papierów już dawno nie ma. Okazuje się, że schyłek bańki na amerykańskim rynku długu może stanowić wiarygodny sygnał do rozpoczęcia odważniejszych inwestycji z dużym potencjałem zysku.

Temat bańki na obligacjach USA w ostatnich tygodniach został nieśmiało draśnięty w kilku polskich analizach rynkowych (autorstwa Open Finance z 11 grudnia ubr. oraz Investors TFI z 23 stycznia br.). Samo jego zdiagnozowanie jest jak najbardziej słuszne, ale czy można z tego faktu odnieść wymierne korzyści?

Warto zgłębić to zagadnienie z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze, w dobie kryzysu wszystko dzieje się szybciej i gwałtowniej niż w usypiających czasach ekspansji i dobrobytu. Szczególnie dynamicznie przebiega dostosowanie cen akcji do recesyjnego otoczenia, jak to miało miejsce podczas październikowego krachu. Procesowi temu towarzyszy znaczące przesunięcie w dół całej krzywej rentowności długu. Drugi, bardziej praktyczny powód to chęć wyczytania, co mówią o przyszłości rynkowej koniunktury rekordowo wysokie ceny obligacji. W istocie, zakończenie trendu opadania krzywej rentowności może stanowić wiarygodny indykator zmierzchu bessy. Sztuka polega na w miarę wczesnym zdiagnozowaniu punktu zwrotnego na rynku długu i rozpoczęciu przygotowań do długoterminowych zakupów walorów bardziej ryzykownych, a mocno przecenionych.

Ryzyko a bezpieczeństwo

Powszechnie wiadomo, że podczas dekoniunktury następuje ucieczka do bezpiecznych przystani kosztem inwestycji w generujące coraz większe straty akcje lub inne ryzykowne aktywa. Takim schronieniem dla dużych inwestorów instytucjonalnych jest rynek papierów skarbowych, natomiast klienci detaliczni zazwyczaj wybierają bankowe lokaty terminowe. Napływające dane makroekonomiczne kształtują politykę monetarną, gdyż pokazują, w jakim punkcie cyklu znajduje się badana gospodarka. Od tych czynników w dużej mierze zależy rentowność długu, choć nie należy zapominać o zewnętrznym postrzeganiu wiarygodności rozważanego kraju bądź wspólnoty (UE). Podczas recesji koszt pieniądza maleje, gdyż priorytetem staje się ożywienie popytu, rynku pracy i -zwłaszcza ostatnio - podtrzymanie płynności systemu finansowego w celu uniknięcia długotrwałej hibernacji całej gospodarki.

Perspektywiczne spojrzenie na teraźniejszość i przyszłość w pewnym sensie umożliwia krzywa rentowności (yield curve). Aby ją otrzymać, należy narysować wykres rocznej stopy zwrotu w zależności od terminu zapadalności papieru dłużnego. Wznosząca krzywa w trakcie hossy zwiastuje dalszą ekspansję gospodarczą, natomiast jej spłaszczenie bądź inwersja sygnalizują nadejście osłabienia bądź wręcz recesji. Niesłusznie nie docenia się jednak wagi tych proroczych w swojej wymowie ostrzeżeń.

Rynki akcji, ku swojej późniejszej zgubie, długo ignorowały odwróconą amerykańską krzywą rentowności, która pojawiła się już u progu 2006 r. W tej sytuacji papiery dłużne o szybszym terminie zapadalności dają większą roczną stopę zwrotu niż te wymagalne później. Ujemny dyferencjał wisiał nad rynkami jak miecz Damoklesa przez rok z solidnym okładem. Tymczasem indeksy giełdowe puchły jak balony pośród coraz bardziej niezdrowego zachwytu. Akcje były w stadnej modzie adekwatnie do nieposkromionego apetytu na ryzyko. Inflacja rosła dodatkowo napędzana przez pęczniejącą bańkę na rynku surowców. Wysoko zaczepiony krótki koniec krzywej rentowności zdradzał presję cenową w gospodarce, nie pozwalając na cięcia stóp procentowych.

Świadomość ryzyka zapadła się w niebyt aż do nagłej zmiany strukturalnej całego pulsu rynków w połowie 2007 r. Nastąpiła wówczas eksplozja segmentu kredytów hipotecznych ze śmieciowej klasy subprime. Zaniedbania rozciągały się na wiele segmentów rynku finansowego, nie wyłączając czołowych agencji ratingowych, w zaślepieniu karmiących rynki ułudą wiecznej prosperity. Trywializowanie problemu było kardynalnym błędem i marnotrawstwem czasu, gdyż problem subprime obnażył niewydolność rynku kredytowego. Ten kryzys niesłusznie tytułowany lokalnym po prostu musiał się rozlać na cały system finansowy, dotykając wreszcie realnych sfer gospodarki.

Bessa i szturm na obligacje

Wraz z narastającym dramatyzmem wydarzeń na giełdach zachowanie władz monetarnych stawało się coraz bardziej nerwowe, nierzadko graniczące z paniką. Fatalne dane makro, nieraz najgorsze od 30 a nawet 70 lat, odkurzyły kilka zapomnianych słów: bessa, krach, kryzys, które wypełzły na czołówki gazet, portali i programów telewizyjnych. Apogeum załamania z jesieni 2008 r. skutkowało błyskawicznymi ratunkowymi cięciami stóp w niemal wszystkich walutach, podczas gdy kapitalizacja niejednej giełdy stopniała w niecały rok o ponad połowę.

Etykietka bezpieczeństwa przyklejona do obligacji skarbowych USA przez całe dekady zdaje się być nieusuwalna i ta nieusuwalność bije wszelkie rekordy absurdu. Pokutuje przekonanie o niemożliwości bankructwa czołowej gospodarki świata. W odwodzie zawsze są przecież drukarnie zielonych banknotów, którymi zalewano świat celem odroczenia wyroku do kolejnego, jeszcze większego kryzysu. Choć zakrawa to na zniewolenie umysłowe, maszynka ta się kręci po dziś dzień ze wszelkimi towarzyszącymi jej skrajnościami.

Takim ekstremalnym zachowaniem był niecodzienny fakt z 9 grudnia u.br. Otóż na rynku uplasowano 4-tygodniowe amerykańskie bony skarbowe dające zerową stopę procentową (na łączną kwotę 30 mld dol.), oraz 3-miesięczne papiery z... negatywnym oprocentowaniem minus 0,005 proc. (!) rocznie (emisja na kwotę 27 mld dol.). W tym drugim przypadku nabywcy zgodzili się otrzymać w terminie wykupu mniej od tego, co zainwestowali. Zaistniała sytuacja analogiczna do tej z 1929 r., gdy gospodarką zawładnął wielki kryzys.

Do bezprecedensowego zadłużania się Stanów Zjednoczonych dochodzą pakiety antykryzysowe (m. in. opiewający na 825 mld dol. program wdrażany przez Baracka Obamę) oraz miliardy wydane na nacjonalizację upadłych de facto instytucji finansowych (Freddie Mac, Fannie Mae), tudzież pompowanie pieniędzy w banki inwestycyjne. Bank rezerwy federalnej FED panicznie ściął stopy do zera, a ostatnio padły zapowiedzi skupowania papierów z dalekiego końca krzywej (o długim terminie zapadalności). Inflacja jak na razie przycupnęła w ukryciu za sprawą kulejącej produkcji i konsumpcji. Do czasu.

Tajemne znaki dawane przez rynek obligacji

W takich oto okolicznościach pikujące giełdy wyznaczyły pod koniec 2008 r. minima na poziomach nie widzianych od 2003 r. Czy zatem dołki notowań przypadkowo znajdują się w bliskim sąsiedztwie czasowym od dołków rentowności długu? Czy równie przypadkowo bessa giełdowa nadchodzi niedługo po spłaszczeniu bądź inwersji krzywej rentowności?

Na poniższym rysunku przedstawiono ewoluujące w czasie rentowności obligacji amerykańskich o różnych terminach zapadalności. Można powiedzieć, że zostały objęte dwa pełne cykle rozciągające się na przestrzeni ostatnich 9 lat. Zaznaczono także okresy hossy i bessy (rynek mierzony wskaźnikiem S&P500), rozgraniczone przez szczyty i dołki. Odczyty rentowności wykonano na koniec każdego półrocza, dodając najnowszy z 29 stycznia br.

bartoszstawiarski.blox.pl/reso...

Rysunek 1. Prorocze przepowiednie amerykańskiego rynku długu (opracowanie własne na podstawie barchart.com, finance.yahoo.com)

Inwersja krzywej rentowności nastąpiła na początku 2000 r., trafnie zwiastując nadejście bessy (pęknięcie bańki internetowej). Rynek niedźwiedzia trwał równolegle do obcinanych stóp procentowych i malejącej dochodowości obligacji skarbowych. Poprzednia bessa zakończyła się wyznaczeniem minimum indeksu S&P500 na poziomie 776,76 pkt w dn. 9 października 2002 r. (spadek od szczytu z 24 marca 2000 o 49 proc.).

Tymczasem krzywa rentowności na fali powszechnego łaknienia bezpiecznych inwestycji obniżała się jeszcze przez pół roku, wyznaczając dno 13 czerwca 2003 r. Papiery dwuletnie w tym kulminacyjnym momencie dawały 1,05 proc. w skali roku, pięciolatki 2,08 proc., 10-letnie 3,1 proc., natomiast 30-latki 4,17 proc. Spóźniłby się ten, kto czekałby z kupnem akcji do tamtego dnia: indeks S&P500 zdążył już zyskać 27 proc. od dołka. Z historycznej perspektywy łatwo możemy policzyć, że do 13 czerwca 2003 rynek wykonał jedną czwartą całej fali 5-letniej hossy.

W ostatnich dniach 2005 r. pojawiła się pierwsza, niewielka inwersja krzywej rentowności. Przez cały 2006 i początek 2007 r. krzywa ta balansowała na granicy inwersji i wypłaszczenia. Był to okres hulaszczego rozdawania kredytów hipotecznych rzeszom ludzi bez jakiejkolwiek wiarygodności. Równocześnie w skali globalnej kwitła lewarowana spekulacja napędzana przez operacje carry trade. Gdy niemal każde aktywo było znacznie przewartościowane, rynek długu przez ponad rok ostrzegał przed zmianą koniunktury. Szczyt indeksu S&P500 z dn. 9 października 2007 r. zwiastował nadejście bessy, której wyjątkowo silną dynamikę już znamy.

Jak dotąd badany wskaźnik wyznaczył minimum na sesji 20 listopada 2008 r. (752,44 pkt), a punkt przełomowy na rynku obligacji pojawił się zaledwie w miesiąc później. 18 grudnia ubr. rekordowo niskie rentowności wynosiły: dla 2-latek 0,68 proc., dla 5-latek 1,27 proc., dla 10-latek 2,07 proc. oraz dla 30-latek 2,55 proc. Widać, że krzywa zeszła jeszcze niżej niż w poprzednim cyklu.

Do dziś jesienne minima indeksów nie zostały pokonane, choć były próby zbliżenia się do nich. Tymczasem styczeń upłynął pod znakiem wzrostu rentowności amerykańskich papierów dłużnych. Na powyższym wykresie 1 widać wyraźne odreagowanie, tzn. spadek cen obligacji (stan na 29 stycznia br.). Nieśmiało pojawia się apetyt na papiery dłużne o nieco wyższym ryzyku, co w dalszej kolejności zwiastuje wzrost zainteresowania akcjami. Koło zdaje się zamykać po raz kolejny.

Być może w listopadzie ubr. rozpoczęła się nowa hossa, choć obecnie taka diagnoza jest jeszcze mocno niepewna. Drukowanie pieniądza bez opamiętania z czasem nasili presję inflacyjną, przyspieszając ucieczkę z rynku długu. Na rynki akcji powinien coraz śmielej powracać trend wzrostowy. Rentowności obligacji znów zaczną rosnąć i FED będzie musiał rozpocząć zacieśnianie polityki monetarnej (nie zdziwię się, jak stanie się to jeszcze pod koniec br.).

Podobny mechanizm obligacyjno-akcyjny działa również na innych rynkach, choć skuteczność trafnej diagnozy maleje wraz z rosnącym ryzykiem związanym z daną gospodarką. W tropieniu punktów zwrotnych może pomóc śledzenie różnic w rentowności obligacji względem papierów amerykańskich. Najlepiej wziąć do analiz specjalnie skonstruowane indeksy EMBI+ (wykresy dla poszczególnych emerging markets można znaleźć na stronie www.cbonds.info). Początek topnienia tych spreadów przybliża koniec bessy.

Perspektywiczne wnioski

Powyższe sygnały płynące z rynku obligacji należy uznać za pierwsze jaskółki końca bessy. Oczywiście w dobie tak bezprecedensowego kryzysu precyzyjne uchwycenie samego punktu zwrotnego jest niezwykle trudne. Sytuację komplikuje brak pełnej informacji o pozostających jeszcze do ujawnienia stratach instytucji finansowych, zalegających wciąż w księgach. Łączne straty firm wywołane przez kryzys mogą ostatecznie sięgnąć astronomicznych 3 bilionów dolarów. Dla porównania, jest to mniej więcej wartość 10-letniego PKB Polski przy obecnym kursie złotego.

Wobec takiej skali załamania recesja może jeszcze potrwać nawet kilka kwartałów. Ba, można by oczekiwać głębszych spadków amerykańskich indeksów od tych, które zaistniały. Dow Jones Industrial Average zatrzymał się w listopadzie ubr. dokładnie na dołkach z 2002 r. (7500 pkt.), co oznacza 45 proc. spadku od szczytu z 2007 r. Bardziej reprezentatywny wskaźnik S&P500 spadł z 1565 do 752 pkt, co daje 52-procentowe zniesienie wartości rekordowej.

Prawdziwa pożoga zapanowała natomiast na rynkach wschodzących, przecenionych nawet o 80 proc. (Chiny, Rosja, kilka giełd krajów z tzw. Nowej Europy). Parkiet polski wraz z pokaźną grupą innych zrealizowały spadki rzędu 60-70 proc. (dla indeksu WIG20 jest to 63 proc.). Hossa na emerging markets jest dynamiczniejsza w porównaniu z rynkiem byka na giełdach państw rozwiniętych, ale odbywa się to za cenę ich relatywnie głębszej bessy. Stoi to w zgodzie ze wzajemną relacją ryzyka i stopy zwrotu, dobrze opisanej w klasycznej teorii portfelowej (współczynnik beta).

Nie należy utożsamiać ani pojęciowo, ani czasowo bessy z recesją. Nie należy się również załamywać tym, co już się dokonało. Tym bardziej nie należy słuchać opinii niektórych pseudoekspertów wieszczących jeszcze większy wymiar kataklizmu w ramach obecnej dekoniunktury. Rzecz jasna, nie mamy pewności czy dołki giełdowe ustanowione jesienią ub. r. są już tymi przełomowymi minimami definitywnie kończącymi bessę. W najgorszej ewentualności mogą one zostać jeszcze bardzo nieznacznie poprawione, a właściwie balansowanie na ich krawędzi już miało miejsce w styczniu br. Pamiętajmy, że rynki dyskontują przyszłość, choć czasem w sposób niedoskonały.

Widać jednak wyraźnie, że indeksy nie palą się już do marszu na południe, zamiast tego trwa długa konsolidacja. Zaistniała w przeszłości synchronizacja czasowa minimów rentowności obligacji amerykańskich (to tamten rynek nadaje ton pozostałym parkietom światowym) z faktycznymi dołkami bessy sugeruje, że czasu na tanie, długoterminowe zakupy akcji pozostaje coraz mniej. Potrzeba tylko uwolnić się od mentalnego przygnębienia bessą, która u przemożnej większości inwestorów wyrządziła niemałe szkody materialne.

Pozostałe jaskółki końca bessy mogą nadejść dopiero za kilka miesięcy w postaci coraz lepszych danych makroekonomicznych, jednak do tego czasu rynki zdążą już odjechać na dobre 20-30 proc. od dołków. Wówczas z opóźnieniem coraz szersze masy inwestorów dostrzegą szansę na zyski z akcji. Tak nastąpi materializacja proroctwa zaklętego w rynku obligacji, podczas gdy sprytny pieniądz (smart money) ulokowany w akcjach już od kilku miesięcy będzie dobrze pracował.

W takich okolicznościach po niemal 2 latach niesławy do łask mają szansę powrócić agresywne fundusze inwestycyjne. Gwarancja ich nowego triumfu będzie pełniejsza, jeśli przedstawiciele branży przyłożą się do odbudowy reputacji, unikając popełnienia błędów przeszłości. Do tego niezbędne jest szanowanie cudzych pieniędzy na równi ze swoimi własnymi, a nie traktowanie ich jak mięso armatnie służące zbijaniu prywatnych kokosów z „zarządzania” często nader wątłej jakości.

Post scriptum. Gwoli przywołania prawdy pozwolę sobie przypomnieć, że felieton mojego autorstwa pt. „Kilka jaskółek końca hossy” ujrzał światło dzienne dn. 9 sierpnia 2007 r., którą to datę Czytelnikom polecam skonfrontować z ówczesnymi oraz dzisiejszymi poziomami indeksów giełdowych.

Powoli do celu


opennetpr
0
Dołączył: 2008-09-09
Wpisów: 688
Wysłane: 14 lutego 2009 19:59:26
W sumie fajny opis tego wszystkiego. Ładnie opisana rentowność. To, że w hossie musi rosnąć rentowność czyli musi być wyższy procent nominalny papierów skarbowych wynika z prostego powodu, akcje wówczas dają bardzo wysoką stopę zwrotu i aby ktoś kupił obligacje, trzeba dać większy procent. Zaś w bessie procent musi spaść procent spada za obligacje bo wszyscy wieją z rynku akcji i szukając bezpiecznego schronienia lokują między innymi w obligacje, dużo kupujących więc nawet jak będzie niższy procent i tak kupią. Tak chyba co do zasada na rozwiniętym rynku. Bo przykładowo na nie rozwiniętym rynku Ukrainy by ktoś kupił w bessie papiery trzeba dać procent dużo wyższy niż w hossie, bo ryzyko jest duże. Wracając jednak do rozwiniętego rynku, czemu kupują po ujemnej stopie ? Czy rzeczywiście tak kiepski jest zwrot i na potęgę się chronią godząc się na straty ? Sytuacja co najmniej dziwna by była, skoro grając na krótko na giełdzie można mieć całkiem przyzwoity zysk. Można pomyśleć, że działanie kupujących jest nieracjonalne. Chyba jednak nie do końca. Odpowiedź pewnie brzmi wzrost wartości pieniądza kompensujący ujemną nominalną stopę zwrotu z obligacji. Opłaca się trzymać pieniądza w formie gotówki lub obligacji z prostej przyczyny, po pewnym czasie i tak kupimy za niego więcej dóbr nawet jeśli nominalnie otrzymamy ciut mniej. Powyższe artykuły głównie przestrzegają przed bańką spekulacyjną na rynku obligacji i po części słusznie. Jest w tym sporo racji, ta sytuacja wiąże się głównie ze zwiększonym popytem na pieniądz, w konsekwencji wzrostem realnym jego wartości i pierwszym sygnałem, że może występować odwrót od obligacji mogą być wyższe stopy procentowe, jako że gdy zaczyna brakować chętnych trzeba dać im wyższy procent. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że być może mamy do czynienia z sytuacją ekstremalną, gdzie wiele dotychczasowych reguł może działać inaczej lub szybciej. Dla mnie kluczowym jest pytanie o zachowanie dolara. To wielka nie wiadoma. Niby do poziomu popytu na niego z lat 2000-2003 dużo mu brakuje, choć z drugiej strony choć popyt olbrzymi to jednak rynek został zalany równie olbrzymią falą pieniędzy. Wkrótce się przekonamy pewnie czy popyt dojdzie do poziomów z lat 2000-2003 czy obecny poziom, przy takim zalewie forsy z drukarni wystarcza by stanowił szczyt. Na tym tle ciekawa może być sytuacja złotówki. Ostatnio tak wiedziony chęcią spojrzenia na relację złotego do innych walut, nie zaś tylko spojrzeniem na index walutowy sprawdziłem max poziomy na jakie by wskazywały wykresy xo gdzie powinien nastąpić pewien opór. Dla dolara to 4,85 ; dla euro 5,15 ; dla chf 4,05. Z tym, że na chf należy zwrócić uwagę, że właściwie został już wyrównany max historycznie poziom, do eur nie wiele już brakuje na takie wyrównanie, dolarowi jeszcze trochę brakuje. Wyliczenia tych poziomów są robione u podstawy pierwszego dużego wzrostu, wychodzi, że max zasięg taki powinien być, co nie znaczy, że nie zostanie przebity ale też nie znaczy że na pewno nie zostanie osiągnięty. Ja bym to raczej traktował jako granicę pewnego oporu, gdzie siły sprzedających i kupujących by się zrównały i albo nastąpiła by zmiana kierunku alba bąbel spekulacyjny w końcowej fazie lub krach waluty. Natomiast jedno jest ważne, jeśli istotnie stopy procentowe powolutku zaczną rosnąć na amerykańskie obligacje, to znaczy, że nie ma na nie chętnych w takie skali jak dotąd. Co może ale nie musi oznaczać, przekłucie bańki obligacyjnej, ale jeszcze nie będzie wcale pewne czy spowoduje spadek popytu na dolara i obniżenie jego wartości, choć pewnie będzie do tego bliżej niż dalej. Cały problem leży w tych ekstremalnych okolicznościach, jak głęboko są one ukryte, wiadomo że każde dotąd katastroficzne dane powodowały wzrost zaufania do gotówki w ręku, pytanie jednak pozostaje otwarte na ile zaufania starczy do rządu USA. Lud zaufanie ma, nie jestem zaś jeszcze pewien czy ci którzy będą mieli pieniądze by sfinansować ten debat usa będą je mieli. Co do tego zaś, że paź-list było dnem bessy się zgadzam. Jest tylko jedno małe ale, szybkość zjawisk. Powoduje ona, że procesy które trwały latami w ekstremalnych sytuacjach trwają najwyżej kilka tygodni. To obrazował index bullish percent dla S&P. W tym sensie na nim na przełomie grudzień/styczeń był szczyt hossy. Trochę sytuacja się poprawiła, czyli korekta mocna przyszła w porę przed wydmuchaniem bańki, nie mniej jednak szybkość procesów raczej świadczy o bardzo dużej anormalności sytuacji. W tym sensie polski rynek papierów wartościowych mieści się w kategoriach normalności, co prędzej czy później musi zostać dostrzeżone.

konik
0
Dołączył: 2009-01-15
Wpisów: 468
Wysłane: 6 stycznia 2010 16:59:22
prosze o wyjasnienie jednego problemu. mowi sie (a dokladniej Kuczynski) ze amerykanskie 10 latki sa w trendzie spadkowym od 23 lat i przekroczenie 4 procent bedzie zapowiadal odwrocenie trendu i bedzie silnym SYGNALEM SPRZEDAZY obligacji. i tego nie rozumiem, wzrost oprocentowania powinien zachecac do skupowania (jednoczesnie stanowiac konkurencje dla akcji) a nie sprzedawania obligacji, w kazydym razie tak na moj prosty rozum. potrafi to ktos wyjasnic

karoldvl
0
Dołączył: 2008-10-21
Wpisów: 167
Wysłane: 6 stycznia 2010 22:29:20
Wzrost oprocentowania = spadek ceny obligacji

Zmiana trendu na wzrostowy (oprocentowanie) = zmiana trendu na spadkowy (ceny obligacji)

Trend spadkowy na cenach = wypadałoby sprzedać coś, co będzie spadać w przyszłości

Chyba takim sposobem to tłumaczą.

To, że po zakończonym spadku coś (czyt. obligacja) jest tańsze i atrakcyjniejsze, to inna sprawa - ale jeszcze trzeba przeżyć okres przejściowy. ;-)

konik
0
Dołączył: 2009-01-15
Wpisów: 468
Wysłane: 7 stycznia 2010 10:29:01
karoldvl napisał(a):
Wzrost oprocentowania = spadek ceny obligacji



tak jest tylko dlaczego. przeciez wzrost oprocentowania podnosi atrakcyjnosc obligacji, no chyba ze sa zerokuponowe lub o stalym oprocentowani. jaki charakter maja amerykanskie 10 latki i chyba generalnie te ktorymi sie handluje na gieldach?

karoldvl
0
Dołączył: 2008-10-21
Wpisów: 167
Wysłane: 7 stycznia 2010 22:39:15
Stałe, czasem proponowane, czasem ustalane w ramach aukcji. Yield i tak się ustala na aukcji. Przykładowo ostatnie rezultaty:
www.treasurydirect.gov/RI/OFNt...

Użytkownicy przeglądający ten wątek Gość

Nie możesz tworzyć nowych wątków.
Nie możesz odpowiadać w wątkach.
Nie możesz usuwać swoich wpisów.
Nie możesz edytować swoich wpisów.
Nie możesz tworzyć ankiet.
Nie możesz głosować w ankietach.

Kanał RSS głównego forum : RSS

Forum wykorzystuje zmodfikowany temat SoClean, autorstwa J. Cargman'a (Tiny Gecko)
Na silniku Yet Another Forum.net wer. 1.9.1.8 (NET v2.0) - 2008-03-29
Copyright © 2003-2008 Yet Another Forum.net. All rights reserved.
Czas generowania strony: 0,841 sek.

AD.bx ad3a
PORTFEL STOCKWATCH
Data startu Różnica (%) Różnica (zł) Wartość
01-01-2017 +154,94% +30 987,98 zł 50 987,98 zł
Logowanie

Zaloguj
Zapamiętaj | Rejestruj | Aktywuj | Odzyskaj hasło
AD.bx ad3b
AD.bx ad3c
AD.bx ad3d